Wielkopolska Strefa Tolerancji

15 maja 2013, autor: , kategoria: Projekty - archiwum

Celem projektu „Wielkopolska Strefa Tolerancji” jest pokazanie społeczeństwu i promowanie osób z niepełnosprawnościami jako pełnoprawnych obywateli, ludzi wartościowych,

partnerów życiowych, pracowników, działaczy społecznych, rodziców itd., zgodnie z KONWENCJĄ O PRAWACH OSÓB NIEPEŁNOSPRAWNYCH. W ramach projektu szczególna uwaga skupiona zostanie na podopiecznych Warsztatów Terapii Zajęciowej z terenu Województwa Wielkopolskiego. W ramach Projektu WRK ZOP ma na celu pokazanie społeczeństwu i promowanie osób z niepełnosprawnościami jako pełnoprawnych obywateli (Internetowo-informacyjna kampania społeczna „Równi Wielkopolanie”), zaprezentowanie mieszkańcom Wielkopolski umiejętności artystycznych osób z niepełnosprawnościami, ich wartości, wrażliwości kulturalnej i ogromnego talentu (konkurs artystyczny dla uczestników wielkopolskich WTZ, wystawa prac.), kształtowanie wizerunku podopiecznych WTZetów jako artystów, przedsiębiorców, studentów (Kampania internetowo-inforamcyjna, wystawa prac), profesjonalizacja działalności WTZ m. in. w zakresie wizerunku, promowania osób z niepełnosprawnościami (Szkolenie/warsztat PR, III Wielkopolskie Forum WTZ). Ponadto, w ramach projektu zostanie wydana również Broszura, z której Wielkoplanie będą mogli dowiedzieć się jak powinien wyglądać kontakt z osobą z niepełnosprawnością. Projekt współfinansowany ze środków Samorządu Województwa Wielkopolskiego.

[tab:Nie dać się chorobie]

Nie dać się chorobie

Lubi się śmiać i żartować. Wszystko przyjmuje z humorem, bo to podtrzymuje go na duchu. Niczego i nikogo nie udaje. Nic nie robi na pokaz. Jest pogodzony z chorobą, dlatego teraz czerpie z życia garściami. Tak jak każdy ma lepsze i gorsze dni. Zawsze stara się myśleć pozytywnie, bo od zmartwień nic się nie zmieni. Wojciech Zieliński, chory na stwardnienie rozsiane jest człowiekiem, który cieszy się każdą chwilą.

Na jednym z poznańskich osiedli jest bardzo zielono i spokojnie. Niektóre klatki wejściowe obronione bluszczem, wszędzie pełno kwiatów, ozdobnych krzewów i drzew. Mieszkanie Wojciecha Zielińskiego znajduje się nisko. Gdy je otrzymywali z żoną nie spodziewali się, że kiedyś będzie to dla nich wielkie ułatwienie. Dodatkowo administracja osiedla poszła rodzinie Zielińskich na rękę i zamontowała metalowe poręcze, które ułatwiają panu Wojciechowi zejście na dół. A to bardzo ważne rozwiązanie, bo pan Wojciech to zapalony podróżnik, turysta i pływak.

_ Niedaleko naszego bloku jest pływalnia, którą odwiedzam z żoną_ mówi Wojciech Zieliński. _ Początkowo obawiałam się reakcji otoczenia gdy zobaczą mnie na wózku. Teraz negatywne emocje zniknęły, a pływanie jest dla mnie źródłem radości. Wózkiem podjeżdżam do basenu, z wózka przesiadam się na podnośnik, ratownik opuszcza mnie do wody i swobodnie pływam tylko przy pomocy rąk. Asekuruje mnie żona, więc w wodzie czuję się bezpiecznie.

To nie jedyna pasja Wojciecha Zielińskiego. Od lat uwielbia podróże. Nie opuszcza żadnej wycieczki organizowanej przez Towarzystwo Stwardnienia Rozsianego Oddział Wielkopolska. Najmilej wspomina wyprawy nad morze oraz do Nowej Róży. Zawsze jest duszą towarzystwa, bo każdego potrafi rozweselić. Z łatwością buduje dobry nastrój, dlatego wokół niego zawsze jest pełno ludzi. W wolnych chwilach Wojciech Zieliński lubi pisać. Jego felietony „Z przymrużeniem oka” potrafią rozbawić do łez. Ale na jego koncie są także poważne pozycje, do których należy zaliczyć fachowe artykuły o ziołach zamieszczane w magazynie „Sami sobie”. Na pytanie czy na ten temat wie już wszystko odpowiada, że uczy się całe życie. Zdobyta wiedza, to bogactwo którym chętnie dzieli się z innymi.

_ Leku na SM nie ma i dlatego szukałem niekonwencjonalnych metod walki z chorobą jak akupresura, czyli masaż receptorów _ mówi Wojciech Zieliński. _ Jednak najbardziej zafascynowały mnie zioła. Szybko przekonałem się, że ziołowe zestawy są niemal na wszystkie schorzenia, które współistnieją w stwardnieniu rozsianym. Ziołolecznictwo tak mnie pochłonęło, że napisałem cykl osiemnastu artykułów pod hasłem „Zioła i SM”, które zostały opublikowane w kwartalniku „Sami Sobie”.

Życie Wojciecha Zielińskiego można podzielić na dwa etapy. Na ten przed chorobą i po chorobie. Każdy z nich nauczył go pokory, siły, wytrwałości, zrozumienia. Ale nie pozbawił radości. I to Wojciech Zieliński uważa za swoje zwycięstwo.

_ Przed chorobą wiodłem normalne życie _ wspomina Wojciech Zieliński. Byłem krótko po ślubie, pracowałem w Zakładach Hipolita Cegielskiego, dobrze zarabiałem. Moja specjalnością stały się silniki. Potrafiłem je zmontować, uruchomić i obsłużyć. Dzięki tej pracy zetknąłem się ze statkami. Kilkakrotnie miałem okazję poznać statek od podszewki. Ciągnęło mnie nad morze, ale tutaj miałem rodzinę, dlatego marzenia same się zweryfikowały. Urodził się nam syn. Wszystko zaczęło toczyć się normalnym torem aż do chwili gdy pewnego dnia zacząłem mieć problemy ze wzrokiem. Nie miałem pojęcia co się ze mną dzieje.

_ Jak zawsze wstałem do pracy i nagle ogarnęła mnie ciemność, straciłem równowagę, świat wirował wokół mnie i w dodatku wszystko widziałem podwójnie _ wspomina Wojciech Zieliński. _ Potem wszystko potoczyło się błyskawicznie. Pogotowie i szpital. Lekarze nie chcieli powiedzieć co mi dolega. W wypisie szpitalnym napisano, sclerosis multipleks. Co to za tajemnicza choroba dopadła mnie w tak młodym wieku? Czy tak ma wyglądać moje dalsze życie? Byłem w szoku. Wówczas nie mogłem się niczego dowiedzieć, wszystko owiane było tajemnicą. Musiałem zmienić pracę na lżejszą.

Minęły cztery lata. Wojciech Zieliński chodził coraz gorzej, tracił równowagę, poruszał się jak pijany. Ponownie do szpitala trafił 13 grudnia. Tam dowiedział się na czym polega jego choroba. Wkrótce przestał chodzić, Nie mógł się pogodzić z wizją leżenia w łóżku, wszystko widział w czarnych barwach, do głowy przychodziły mu głupie myśli. Po raz pierwszy się załamał. Nie było przy nim psychologa, ale była żona, której słowa podtrzymywały go na duchu. Pogodna, radosna, uśmiechnięta, silna i oddana. Taka pozostała do tej pory.

_ Gdy dostaliśmy przydział na mieszkanie zdecydowaliśmy się na drugie dziecko _ dodaje Wojciech Zieliński._ Przedtem upewniliśmy się czy stwardnienie rozsiane nie jest dziedziczne. Wówczas stan mojego zdrowia spowodował, że musiałem przejść na rentę, ale szybko znalazłem prace na pół etatu w innym zakładzie pracy. Dzisiaj już nie pracuje zawodowo.

Wojciech Zieliński bardzo często żoną wychodzi na spacery do pobliskiego lasu i na stawy na Morasku. Najwięcej przyjemności sprawi mu obserwowanie kaczek i łabędzi. Kocha piękne krajobrazy, bo dobrze wpływają na jego psychikę. Na zimowe miesiące także znalazł sposób. Gdy za oknem śnieg, deszcz i hula wiatr zajmuję się sklejaniem modeli statków. Znajdują się one w domu prawie na każdej półce i szafce. Bardzo dobrze poznał komputer i dzięki programowi fotograficznemu nauczył się robić piękne albumy. Z dumą pokazuje zdjęcia ze ślubu syna. Na weselu, choć na wózku, był najbardziej aktywnym tancerzem.

Dzieci wprawdzie założyły już swoje rodziny, ale zawsze z chęcią pomagają i można na nie liczyć. Przez 34 lata zmagań z SM Wojciech Zieliński nauczył się jednego. Nigdy nie wolno pogodzić się z chorobą, ona nie ma prawa wygrać. Swoje codzienne życie należy odpowiednio dostosować do okoliczności. A osobom pomagającym nam, chorym, należy się szczery uśmiech i miłe słowa. To jest najlepsza nagroda. Jak każdy chory ma swoje marzenie. Chciałby aby znalazł się skuteczny lek na SM. Wówczas razem z żona wsiądzie do kajaka do i popłynie w daleki rejs.

Aurelia Pawlak

Fot. Archiwum

Źródło: Filantrop

Projekt współfinansowany ze środków Samorządu Województwa Wielkopolskiego

sam

[tab:Zwolniłam tempo, ale kocham życie]

Zwolniłam tempo, ale kocham życie.

Drzwi mieszkania na jednym z poznańskich osiedli otwiera drobna blondynka. Jest zadbana, uśmiechnięta. Robiąc herbatę zaznacza, że nie lubi mówić o sobie. To jednak nie oznacza, że uległa chorobie i zamknęła się w sobie. Wręcz przeciwnie Beata Jawłowska, chora na stwardnienie rozsiane, postanowiła wyjść do ludzi.

Stwardnienie rozsiane zdiagnozowano u Beaty Jawłowskiej w 1996 roku. Bardzo dobrze pamiętam współczujące spojrzenia znajomych i przerażenie mamy. Większość ludzi niewiele wie o stwardnieniu rozsianym i postrzega je jako straszną, nieuleczalną chorobę, prowadzącą do całkowitego inwalidztwa. Nic dziwnego, że się jej boją. Ona też się bała. Gdy minął pierwszy rzut choroby wróciła do pracy i postanowiła, że będzie żyć normalnie. Od początku starała się dowiedzieć jak najwięcej o chorobie i o tym jak sobie z nią radzić. Dużo czytała. Próbowała różnych form rehabilitacji. Wspaniałym źródłem informacji okazało się Polskie Towarzystwo Stwardnienia Rozsianego Oddział Wielkopolska, którego członkiem jest do dziś. Na spotkaniach i imprezach organizowanych przez PTSR oraz podczas wyjazdów do ośrodków rehabilitacyjnych poznała ludzi, którzy pokazali jej, że można radzić sobie ze stwardnieniem rozsianym. Wielu z nich jest jej przyjaciółmi, którzy są dla niej oparciem w trudnych chwilach.

_ Z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że „oswoiłam” swoje stwardnienie rozsiane _ mówi Beata Jawłowska. _ To choroba, z którą można nauczyć się żyć. Życie ze stwardnieniem rozsianym może być równie satysfakcjonujące, a kto wie czy nie bogatsze, niż to sprzed choroby. Zmusza ono do zwolnienia tempa, do zatrzymania, przemyśleń, przewartościowań, poszukiwania odpowiedzi na pytania: co jest w życiu ważne?, co jest dla mnie ważne?, kim jestem? Doświadczenie choroby może stać się okazją do osobistego rozwoju. Mnie skłoniło do wielu refleksji. Kiedyś nie zastanawiałam się nad pewnymi sprawami. Wydawały mi się oczywiste. Na przykład, dziś widzę ile przyjemności może dać zwyczajne chodzenie, kiedy mam dobry dzień i udaje mi się lekko stawiać stopy i czuć grunt pod nogami. Nie mogę już biegać, jeździć na rowerze, ale nadal mogę chodzić. Uczę się doceniać, to co mam. Dzięki tej chorobie uczę się żyć w teraźniejszości.

Beata Jawłowska nadal marzy o podróżach do dalekich krajów, ale coraz bardziej docenia codzienność i ludzi, którzy są wokół niej. Stara się czerpać radość ze zwykłych chwil. Z tego, ze świeci słońce, że może pójść na spacer, pobyć z bliskimi, spotkać się z przyjaciółmi, poczytać ciekawą książkę, obejrzeć dobry film. Oczywiście bywają też gorsze dni i chwile zwątpienia. Jednym z jej sposobów na poprawę nastroju i utrzymanie sprawności ciała są ćwiczenia jogi połączone z medytacją. Po każdej sesji jogi czuje się zrelaksowana, spokojna i jednocześnie pełna energii do działania. Znowu chce się jej żyć.

_Myślę, że każdy może znaleźć jakiś sposób dla siebie _ dodaje Beata Jawłowska. _ Najważniejsze to nie poddawać się. Być aktywnym w miarę swoich możliwości. Nie traktować wszystkiego ze śmiertelna powagą. Przede wszystkim nie rozmyślać cały czas o chorobie i niepewnej przyszłości. Zajmować się tym, co lubimy. Spotykać się z przyjaciółmi i poznawać nowych ludzi. Rozwijać swoje pasje. W rezultacie poszukiwań tego co lubię, zapisałam się na kolejne studia i ukończyłam psychologię, którą zawsze się interesowałam. W czasie studiów własne doświadczenie choroby również mi się przydało. Moja praca magisterska poświęcona była kwestiom jakości życia osób chorych na stwardnienie rozsiane. Beata Jawłowska prowadziła badania wśród osób z SM, zastanawiając się, co sprawia, że niektóre z nich pomimo choroby deklarują satysfakcję ze swojego życia, a inne nie. Okazało się, że sposób myślenia badanych, ich przekonania, ich stosunek do siebie samych i do innych ludzi, miały związek z ich zadowoleniem z życia. Ci, którzy potrafili zdobyć się na zrozumienie, troskę i szacunek wobec siebie oraz nie izolowali się od ludzi i świata, lecz postrzegali siebie jako jego istotną cząstkę, cieszyli się lepszą jakością życia, nawet jeśli towarzyszyła mu choroba i cierpienie. Beata Jawłowska chciałaby, aby inni chorzy na stwardnienie rozsiane mogli zapoznać się z wynikami tych badań i wyciągnąć z nich wnioski dla siebie.

Pragnąc podzielić się swoją wiedzą i doświadczeniem, od ubiegłego roku działam w poznańskim oddziale PTSR jako psycholog i opiekun grupy wsparcia dla osób chorych na SM oraz członków ich rodzin. Głęboko wierzę w to, że sfera psychiki i sfera ciała są ze sobą nierozerwalnie związane. Im więcej odczuwamy spokoju, pozytywnych emocji, tym lepiej dla naszego zdrowia. SM, jak mało która choroba, pokazuje wpływ stanu emocjonalnego na stan zdrowia. Długotrwały stres, napięcie, trudne emocje mogą wpłynąć na zaostrzenie objawów neurologicznych, a nawet spowodować rzut choroby. Chociaż wielu chorych zmaga się z depresją, to propozycja zwrócenia się o poradę psychologiczną u niektórych z nich nadal wywołuje opór. Chciałabym przekonać osoby chore na SM i ich bliskich, że w sytuacji kryzysu emocjonalnego warto pokonać wstyd i zwrócić się o pomoc do psychologa. Dbałość o własny stan emocjonalny ma kluczowe znaczenie w tej chorobie i jest równie ważna jak codzienne ćwiczenia fizyczne.

Niektóre osoby zamykają się w swoim cierpieniu. Unikają kontaktów z innymi chorymi „by się nie dołować”. Wbrew pozorom inne osoby z SM mogą być dla siebie źródłem wsparcia i pomocy. Nikt tak dobrze nie zna problemów związanych z SM, jak ci którzy na nie chorują. W poznańskim oddziale PTSR od pewnego czasu działa grupa wsparcia dla osób z SM i członków ich rodzin. Podczas spotkań dzielimy się swoimi doświadczeniami, smutkami i radościami, dowiadujemy się jak radzić sobie ze stresem, trudnymi emocjami i kłopotami dnia codziennego. Rozmowa w gronie osób, które mają podobne problemy sprzyja otwartości, rodzi poczucie wspólnoty, daje siłę i nadzieję.

Chciałabym, żeby coraz więcej chorych było świadomych tego, że mają wpływ na swoje samopoczucie. Można przeżyć całe życie chowając się (również przed samym sobą) za etykietką „osoby niepełnosprawnej” i biernie czekać na cudowny lek na SM. Można też zrobić coś dla siebie już teraz – zadbać o stan swego ciała, ale również zatroszczyć się o stan psychiki, stan ducha, który ma ogromny wpływ na całość naszego funkcjonowania i poczucie jakości naszego życia. Wybór należy do nas.

Autor: Aurelia Pawlak

Źródło: Filantrop

Projekt współfinansowany ze środków Samorządu Województwa Wielkopolskiego

sam

[tab:Świat stoi przede mną otworem]

Wielkopolska Strefa Tolerancji: Pani Iwona „Świat stoi przede mną otworem”

Z IWONĄ DOLATĄ, wiceprezesem „Open Technologies” rozmawia Aurelia Pawlak

_ Wiele zdrowych osób nie potrafi cieszyć się życiem, narzekają na swój los i nie doceniają dobrych stron. Czy zgada się pani z tym, że osoby niepełnosprawne w wielu przypadkach mają w sobie więcej entuzjazmu, siły i determinacji co pozwala im osiągać sukcesy i odczuwać szczęście?
_ Myślę, że liczba optymistów i pesymistów jest taka sam wśród osób niepełnosprawnych i pełnosprawnych. Tylko entuzjaści, osoby silne, zdeterminowane wśród osób niepełnosprawnych są bardziej zauważane tak jakby to było naprawdę coś nadzwyczajnego. Z niepełnosprawnością można nauczyć się żyć i realizować wyznaczone przez siebie cele. Choć jest to bardzo trudne. Ale jest coraz większe grono osób, które w pewnym sensie nauczyły się żyć ze swoją niepełnosprawnością i przyzwyczaiły się w pewnym sensie do tego, że muszą zrobić więcej, żeby osiągnąć to samo co osoby zdrowe. Znam mnóstwo osób niepełnosprawnych, które są wybitnie inteligentne, wykształcone, aktywne, robią niesamowite rzeczy. Widząc ich zastanawiam się kto tu tak naprawdę jest niepełnosprawny? Żeglarz na wózku inwalidzkim, niewidomy narciarz, niewidomy adept sztuk walki, osoba niepełnosprawna władająca kilkoma językami obcymi, osoba niepełnosprawna podróżująca po całym świecie na własną rękę, niepełnosprawny przedsiębiorca czy zdrowy mężczyzna w pełni wieku spędzający popołudnia przed telewizorem. Oby ludzi z taką siłą i determinacją było coraz więcej wśród osób niepełnosprawnych jak i pełnosprawnych. Życzyłabym sobie aby wobec tak niesamowitych ludzi była naturalna akceptacja i chęć przebywania z nimi jak z innymi członkami społeczeństwa. Taka naturalna akceptacja i poczucie przynależności do grupy, a nie tylko pomoc, daje dużo energii do dalszych działań i entuzjastycznie nastawia do świata.
_ Jako współzałożycielka i członek zarządu „Open Technologies” przygotowuje pani i przeprowadza programy szkoleń. Czuje pani ciężar odpowiedzialności?
_ Tak, czuję odpowiedzialność. Nie we wszystkich dziedzinach przedsiębiorczości jestem dobra, ale całe szczęście jest nas kilkoro i możemy dzielić się obowiązkami adekwatnie do kompetencji. A nie darowałabym sobie gdyby z mojej winy ktoś z pracowników czy klientów poniósł szkodę. Przygotowując szkolenia i je przeprowadzając również czuję odpowiedzialność. Jest dla mnie ważne żeby szkolenie było merytorycznie i dydaktycznie dobrze przygotowane. Zależy mi na tym, by uczestnicy mogli jak najwięcej zapamiętać. Jest to dla mnie szalenie ważne, chyba nawet bardziej niż zarobek. Gdy słyszę pochwałę za jakość mojego przedsięwzięcia, to zyskuję energię na cały dzień. Kiedyś słyszałam w tramwaju jak młodzi ludzie opowiadali z entuzjazmem o moich szkoleniach. Wtedy stwierdziłam, że dla takich chwil warto je prowadzić.
_Czy osobie niepełnosprawnej łatwo jest prowadzić biznes w polskich warunkach? Co ułatwia, a co utrudnia codzienną pracę?
_ Zawsze może być lepiej, ale jakoś szczególnych utrudnień nie odczułam w stosunku do niepełnosprawnych przedsiębiorców. Może osoby z innymi niepełnosprawnościami niż wzrok miałyby więcej do powiedzenia. Mam tylko nadzieje, że w przyszłości przedsiębiorstwa typu spółdzielnia socjalna będzie mogły załatwiać sprawy urzędowe przez platformę ePUAP. Na razie trochę mi tego brakuje. Tak poza tym to chyba mam takie trudności jak wszyscy inni przedsiębiorcy. A więc za dużo dokumentów, zbyt szybko płynący czas. Ale to nie ma nic wspólnego z niepełnosprawnością. Znam techniki zarządzania czasem, prowadzę też z tego szkolenia. Prywatnie też całkiem dobrze sobie z tym radzę. A jak wiadomo praktyka czynni mistrzem.
_ Lubi pani ryzyko, czy jest osobą zachowawczą?
_ Nie lubię ryzyka, ale chyba nie mogę też powiedzieć, że jestem zachowawcza. Raczej oceniam ryzyko na zimno, robię bilans strat i zysków, a potem dopiero podejmuję decyzję. Jestem w firmie pewnym zaworem bezpieczeństwa. Często muszę się dwa razy zastanowić, ale jak już podejmę decyzję, to rzadko zmieniam zdanie, chyba, że są do tego konkretne przesłanki. W moim przypadku pewnie ryzykowne decyzje też są przemyślane. Bardziej pasuje do mnie spontaniczność. Najczęściej zdarza mi się to w przypadku podróży. Tak było w przypadku wyjazdu do Chin o czym zdecydowałam w przeciągu 48 godzin. Ale tego nie postrzegam w kategoriach ryzyka.
_ Lubi pani żeglować?
_ Żeglarstwo jest dla mnie wyjątkowym sportem. Myślę, że niesie ono za sobą podobne ryzyko jak większość sportów. Żeglarstwo może wydawać się na pierwszy rzut oka tajemnicze, bo dlaczego ta łódka tak się porusza a nie inaczej? A tak naprawdę podlega ona po prostu prawom fizyki. Wielu fizyków żeglowało Einstein, Heisenberg, Bohr. Odpływając od kei w jakiś niesamowity sposób zapominam o całym świecie. Jest to często sport zespołowy, w którym mogę rekompensować swoje braki w widzeniu. Sprawia to, że w mojej opinii żeglarstwo nie ma sobie równych.
_ Niedawno pojechała pani na własną rękę do Hongkongu z przyjaciółmi. Obca kultura, bariera językowa, różne niebezpieczeństwa. Co dała pani ta wyprawa?
_ Poczucie, że świat naprawdę jest mały. Poczucie, że naprawdę mogę wiele, czasem więcej niż osoby pełnosprawne. Dała możliwość fascynujących kontaktów z obcokrajowcami z całego świata. Poczucie, że mogę prawie wszędzie dotrzeć. To ode mnie zależy jaki cel wybiorę na mapie i jak bardzo będę chciała tam dotrzeć.
_ Co zrobiło na Pani największe wrażenie w Hong Kongu?
_ Pod wieloma względami Hong Kong przypomina Europę Zachodnią. Więc często czułam się jak w Polsce. I można w pewnym sensie powiedzieć, że nic na mnie nie robiło wrażenia. Ale tak naprawdę to zaskoczyła mnie uprzejmość Chińczyków, mieszkańców Hong Kongu. Dużo już podróżowałam, ale nie spotkałam jeszcze takich ludzi. Byli niesamowicie uprzejmi i gotowi na każdym kroku pomagać we wszystkim. Jak się widzi tak życzliwych ludzi to aż chce się żyć, coś robić, wyjść z czterech ścian do ludzi.
Autor: Aurelia Pawlak

Wywiad przeprowadzony w ramach projektu „Wielkopolska Strefa Tolerancji”, współfinansowanego ze środków Samorządu Województwa Wielkopolskiego.

Projekt współfinansowany ze środków Samorządu Województwa Wielkopolskiego

sam

[tab:Praca dała jej pewność siebie]

Praca dała jej pewność siebie

Beata pokonała los. Przezwyciężyła swoje ograniczenia i pomimo niepełnosprawności intelektualnej pracuje, odpoczywa, ogląda ulubione programy w telewizji, spotyka się z przyjaciółmi. Zarobione pieniądze oddaje bratowej z którą mieszka. Beata jest oszczędna. Nie lubi wędrówek po sklepach, marketach i butikach. Jest szczęśliwa, że ma pracę. Chociaż czasami tęskni za Warsztatami Terapii Zajęciowej. Stamtąd przecież wyszła do świata pełnego zagrożeń w którymi doskonale sobie radzi.

Z Beatą Łabińską spotykam się w jednej z poznańskich kawiarni. Towarzyszą nam także Zdzisława Gorynia, prezes Polskiego Stowarzyszenia na Rzecz Osób z Upośledzeniem Umysłowym- Koło w Poznaniu oraz Karolina Hańczaruk z Warsztatu Terapii Zajęciowej „Przyjaciele”, dawna opiekunka Beaty. Ta „obstawa” sprawia, że Beata czuje się swobodniej. Wspólnie pijemy kawę, a Beata konsumuje sernik. Na tą drobną przyjemność bratowa dała jej pieniądze, by poczuła się pewnie. Ale jej pewności nie brakuje. Po przełamaniu pierwszych lodów ujawnia coraz więcej szczegółów ze swojego życia.

_ Najpierw była szkoła podstawowa w Poznaniu, a potem musiałam przerwać naukę, bo nie dawałam rady _ mówi Beata. _ Przez pewien czas siedziałam w domu, podejmowałam różne zajęcia, a potem zaczęłam chodzić do klubu dla osób niepełnosprawnych na osiedlu Czecha. _ Pierwszą pracę podjęłam w zakładzie pracy chronionej w którym zawijałam cukierki. Niestety, gdy firma upadła nie widziałam co dalej robić.

Ale życie nie znosi próżni więc Beata trafiła do Warsztatów Terapii Zajęciowej. To był dla niej dobry czas. Nauczyła się wyszywania, które uwielbia do tej pory, polubiła zajęcia w kuchni, zetknęła się także z komputerami. Wówczas nie wiedziała, że zajęcia kuchenne w przyszłości na stałe wpiszą się z jej życie zawodowe.

_ Wolałam wyszywać, bo to mnie uspokaja, ale kuchnia się do mnie przyczepiła _ żartuje Beata. _ Niedaleko tek kawiarni w której siedzimy jest bar Caritas w którym miałam praktyki. Jednak największe wrażenie zrobił na mnie wyjazd do Francji. Tam nie tylko pracowałam w hotelu, ale dużo zwiedziłam. To była moja pierwsza w życiu podróż zagraniczna.

Polskie Stowarzyszenia na Rzecz Osób z Upośledzeniem Umysłowym- Koło w Poznaniu otrzymało zaproszenie dla swoich podopiecznych do pracy w hotelu dla pielgrzymów w Lourdes. Niepełnosprawni, którzy skorzystali z okazji pomagali w pracach kuchennych, sprzątaniu, zmianie pościeli. W programie przewidziano także zwiedzanie. Pobyt był gratisowy, bowiem uczestnicy na niego zapracowali. Opłacona została wyłącznie podróż.

Rozmowie przysłuchuje się Karolina Hańczaruk. Los zetknął ją z Beatą w czasie gdy pracowała Centrum Doradztwa Zawodowego i Wspierania Osób Niepełnosprawnych Intelektualnie „Centrum Dzwoni”.

_ Wówczas zastanawialiśmy się kto mógłby rozpocząć pracę _ wspomina Karolina Hańczaruk. _ Na pierwszy ogień poszły Beata i Małgorzata. Nawiązaliśmy kontakt z restauracją Sodexho którą kierowała Monika Sopot-Sowińska. Okazała nam wielką przychylność i pomoc. W 2007 roku w połowie lutego dziewczyny w towarzystwie dwóch trenerów poszły na pierwszą praktykę. Trwała ona pięć tygodni podczas których pracowały jako pomoce kuchenne. Pomagały paniom na zmywaku oraz wykonywały prace porządkowe. Po tym czasie Beata i Gosia zostały zatrudnione i od tego momentu same przychodziły do pracy. Raz w miesiącu trenerzy odwiedzali swoje podopieczne. Niestety, firma została zlikwidowana i dziewczyny straciły pracę. Dzisiaj z sentymentem wspominają tamte czasy. Sympatycznych ludzi, opanowaną do perfekcji pracę na zmywaku, zawarte przyjaźnie i dający poczucie stabilizacji zarobek.

Beata przysłuchuje się rozmowie, popijając kawę. Z coraz większą odwagą zabiera głos. Przełamuje wewnętrzny opór i opowiada o tym jak spędza wolny czas i co sprawia jej najwięcej radości. W jej repertuarze telewizyjnym do ulubionych seriali należą: „Klan”, „Ojciec Mateusz”, „Na Wspólnej”, „Życie nad rozlewiskiem”. Jeśli jakiś odcinek przegapi lub z powodu pracy na popołudniową zmianę nie może obejrzeć wówczas z niecierpliwością czeka na powtórkę. Beata ma także swoje zdanie w kwestii programu „Taniec z gwiazdami”. Niestety, nowy skład jury się jej nie spodobał, bo zabrakło Zbigniewa Wodeckiego, którego zapamiętała jako wykonawcę popularnej piosenki o pszczółce Mai.

_ Po utracie pracy poszłam na zwolnienie lekarskie, bo zaczął mi dokuczać kręgosłup _ wyjaśnia Beata. _ Jednak przez cały czas myślałam o podjęciu nowej pracy. Pewnego dnia marzenie się spełniło. Tym razem dostałam zajęcie w szpitalu w Puszczykowie. Po raz kolejny trafiłam do kuchni. Zajmuję się myciem termosów w których przywożone są posiłki dla chorych. Do pracy dojeżdżam autobusem. Wraz ze mną pracuje dwóch niepełnosprawnych kolegów. Praca wiele dla mnie znaczy. Wychodzę z domu, spotykam się z ludźmi, zarabiam pieniądze. Dokładam się do wszystkich rachunków związanych z prowadzeniem domu. Dzięki temu łatwiej prowadzi się wspólne gospodarstwo.

Beata nie marzy o pięknych strojach, drogich kosmetykach, egzotycznych podróżach. Wystarczy jej to co ma i co kupi jej bratowa. Niedawno była w Wielkopolskim Centrum Rehabilitacji Wargowu. Spacerowała alejkami nad jeziorem, podziwiała piękne widoki. W wolnych chwilach słucha płyt, latem odpoczywa przy grillu w ogrodzie. Spotyka się z koleżankami i znajomymi. Praca i obowiązki w domu sprawiają, że Beta ma niewiele czasu. Prowadzi przecież takie życie jak każdy człowiek aktywny zawodowy.

_ Po śmierci mamy bardzo się obawiałam co ze mną będzie, ale na szczęście zaopiekowała się mną bratowa_ wyjaśnia Beata. _ Mieszkamy wspólnie w domu z ogrodem w Luboniu. Żyjemy w zgodzie. Bratowa dba o moją garderobę, gotuje obiady, opiekuje się mną w czasie choroby.

Beata z dumą pokazuje białe adidasy, prezent od bratowej. To jej oddaje wszystkie zarobione pieniądze, a gdy potrzebuje na swoje wydatki bratowa daje jej tyle, ile potrzebuje. Dla niej życie napisało szczęśliwy scenariusz. Odnalazła się na wolnym rynku pracy, jest zadowolona z tego co robi, czuje się potrzebna.

Aurelia Pawlak

Źródło: Filantrop

Projekt współfinansowany ze środków Samorządu Województwa Wielkopolskiego

sam

[tab:Przygoda mistrza z pływaniem]

Jak zaczęła się przygoda mistrza z pływaniem, czyli kariera w pigułce.

Krzysztof Paterka, młody, aktywny człowiek urodzony 19 sierpnia 1986 r. w Poznaniu z wrodzoną wadą, brakiem lewego przedramienia i dłoni. Gdy miał rok przeszedł operacje wycięcia soczewki oka prawego w wyniku zaćmy, nieco później wykryto również padaczkę skroniową. W wieku czterech lat został zapisany przez mamę na naukę pływania na basen przy ul. Chwiałkowskiego w Poznaniu, gdzie uczęszczał około pół roku tylko raz w tygodniu, gdyż był bardzo zniechęcony podejściem trenera. Po upływie tego czasu do domu Krzyśka przyszedł list z klubu SSI „START” zapraszający na zajęcia pływackie przy ul. Wronieckiej. Było to nowe doświadczenie, Rodzina nie znała wcześniej działalności klubu, nie wiedziała, że zajmuje się on rehabilitacją osób z niepełnosprawnościami. W tej sytuacji pozostało tylko jedno – spróbować! Krótko po rozpoczęciu okazało się, że Krzysztof był zachwycony. Na początku z wielkim zapałem rozpoczął treningi dwa razy w tygodniu z trenerem Jerzym Szmytem, a już po roku zapadła decyzja, że należałoby zwiększyć liczbę treningów do trzech razy. Poskutkowało to niemal natychmiast, bo już w 1992 roku młody chłopak zdobył pierwszy na swoim koncie medal na Ogólnopolskiej Spartakiadzie Młodzieży Niepełnosprawnej. Był wtedy najmłodszym wśród uczestników. I tak co roku, zarówno w 1993 jak i 1994 zdobywał medale na spartakiadach. Przez te 3 lata na koncie sportowca znalazło się w sumie 9 medali, co było (szczególnie w tak młodym wieku) wielkim sukcesem. W ten sposób zaczęła kwitnąć kariera sportowa przyszłego paraolimpijczyka. Już w 1995 roku, Krzysztof wziął udział w swoich pierwszych Mistrzostwach Polski w Szczecinie, gdzie zdobył dwa brązowe medale! Po skończeniu Szkoły Podstawowej podjął decyzję aby swoją edukację kontynuować w Gimnazjum nr 5 w Poznaniu. Była to bardzo dobra decyzja, ponieważ plan lekcji był tam układany pod klasy sportowe, co owocowało tym, że mógł zmienić swój tryb treningów do pięciu razy w tygodniu, a często nawet więcej. Był to moment, w którym Krzysztof przestał myśleć o pływaniu w kategorii rehabilitacji, a zaczął podchodzić do tego jak do sportu wyczynowego. Skutkowało to licznymi wynikami, lecz cały czas brakowało niewiele by dostać się do Kadry Polski i jeździć na zawody międzynarodowe. W końcu… udało się! W 2003 roku Krzysztof Paterka zawitał w Berlinie na Otwartych Mistrzostwach Niemiec, gdzie przyznana mu została międzynarodowa grupa niepełnosprawności. W zawodach ze swoim czasem na 100 m klasycznym uplasował się na drugim miejscu w rankingu światowym. Wynik ten sprawił, iż z dnia na dzień dostał się do Kadry Paraolimpijskiej do Aten, o czym przed wyjazdem do Berlina nawet nie marzył. Wybór dalszego kształcenia w liceum podyktowany był również możliwością treningów, dlatego też w 2002 roku podjął naukę w LO nr 9 w Poznaniu. Paraolimpiada jak wiadomo była we wrześniu, co kolidowało z przygotowaniami do matury. Ciężka praca i zaangażowanie poskutkowały zdaniem egzaminu dojrzałości z wynikami, które pozwoliły na kontynuowanie nauki. Wielkimi krokami zaczął się zbliżać wyjazd do Aten, emocje były coraz większe, ekscytacja nieustannie rosła, ale kulminacyjny moment przyszedł dopiero 17 września 2004 kiedy to sportowcy stanęli na olbrzymim stadionie w stolicy Grecji i uświadomili sobie, że za parę dni nastąpi chwila najbardziej przez wszystkich oczekiwana. Był to dla Krzysztofa wyjątkowo ciężki czas, ponieważ miejsce miał przykry incydent, jakim była dyskwalifikacja go na koronnym dystansie 100 m stylem klasycznym. Był to jego jedyny start indywidualny i miał ogromną szansę na srebrny medal. Gdy w eliminacjach zobaczył, że od pierwszego miejsca dzieli go zaledwie kilka dziesiątych sekundy postanowił walczyć! Tutaj niestety zaczęły się komplikacje, w ferworze walki w finale zapomniał o technice i popełnił dziecinnie prosty błąd, ale tak czasem bywa, gdy płynie się przed pięciotysięczną publicznością, emocje biorą górę. Był to spory cios dla sportowca, jednak sztuka polega na tym, aby ze swojego postępowania wyciągać wnioski! Postępując w myśl tej zasady, już sześć dni później w sztafecie 4×100 stylem zmiennym wspólnie z kolegami z reprezentacji, pokazali, na co ich stać osiągając brązowy medal. Kariera pływacka nie zakończyła się po Paraolimpiadzie w Atenach, już dwa lata później, po ciężkiej i intensywnej pracy treningowej Krzysztof zakwalifikował się do wyjazdu na Mistrzostwa Świata w Durbanie w RPA, gdzie zdobył brązowy medal na dystansie 100m stylem klasycznym. Wtedy w sztafecie w składzie tym samym co w Atenach sportowcy zajęli czwarte miejsce. Miejsce na podium sprawiło, że apetyt na sukces wzrósł zaczęły się niezwłocznie przygotowania do kolejnych igrzysk – w Pekinie. W 2005 roku Krzysztof rozpoczął studia informatyczne na UAM w Poznaniu i postanowił po drugim roku wziąć urlop dziekański by móc w całości poświęcić się treningom do tej najważniejszej dla każdego sportowca imprezy. We wrześniu 2008 roku płynąc w stolicy Chin, walczył o kolejne w swej karierze podium. Do podium zabrakło 0,8sek. (do brązowego medalu) – był czwarty. Był to moment w karierze, na kolejną refleksję, wnioski i nową motywację do treningów. Po Pekinie moja dotychczasowa trenerka zrezygnowała ze swej funkcji i ponownie nastąpiła zmiana trenera. Od września 2008 roku Krzysztofa Paterkę trenuje Waldemar Olejniczak. Rok 2009 był obfity pod względem liczby zawodów wysokiej rangi. W październiku odbyły się Mistrzostwa Europy w Reykjaviku, gdzie po raz kolejny Krzysztof zajął 4 pozycję na swoim dystansie 100m stylem klasycznym. Przez około tydzień, zastanawiając się czy to aby nie jest kres czasów stawania na podium, postanowił wziąć się ostro o roboty, co niebawem przyniosło oczekiwane skutki. Już w grudniu 2009, a więc nieco ponad miesiąc później, sportowcy pojechali do Rio de Janeiro na Mistrzostwa Świata na basenie 25-metrowym. Tam nasz paraolimpijczyk pokazał światu, na co naprawdę go stać i że to jeszcze nie koniec – zdobył złoty medal z Rekordem Świata ponownie na swoim koronnym dystansie 100 m żabką. Po tych zawodach w zawodniku na nowo ujawnił się duch walki, nowa motywacja i plany! W roku 2010, kluczowe były Mistrzostwa Świata w Eindhoven w Holandii. One również były szczęśliwe – zakończyły się brązowym medalem. Wprawdzie do srebra paraolimpijczykowi zabrakło jedynie 0,17sek, to liczy się sukces, podium i fakt przełamania passy czwartych miejsc. Wtedy też, przyszła refleksja, że zmiana trenera wyszła na dobre, bo pojawiły się nowe chęci do trenowania, a to przełożyło się na rezultaty. Kolejną ważną imprezą sportową były Mistrzostwa Europy w Berlinie, które odbyły się w dniach 3-10.07.2011r. Eliminacje zawodnik ukończył z 4 czasem co dawało nadzieję na podium, jednak gnębiło poczucie, jak Krzysztof sam to ujął: „że to było wszystko, na co było mnie stać”. Pomimo tego, stres finału okazał się niezwykle mobilizujący i poprawiając czas z eliminacji o ponad 3 sek Krzysztof Paterka zdobył upragniony srebrny medal. W roku 2012 przyszedł czas na trzecie Igrzyska Paraolimpijskie, tym razem w stolicy Wielkiej Brytanii. Przygotowania do nich trwały pod okiem trenerem Waldemara Olejniczaka. Mimo intensywnych treningów, które jednak zostały ograniczone przez operację oka, która była konieczna i miała miejsce na przełomie lutego i marca, oraz brak grupy sportowej na codziennych treningach prawdopodobnie miały duży wpływ na osiągnięty wynik. Był on bardzo zbliżony do tego z Pekinu, jednak tym razem dał zawodnikowi ostatecznie 5 miejsce. Kolejnym wyzwaniem były Mistrzostwa Świata w Montrealu w 2013 roku podczas których kolejny raz Krzysztof udowodnił potęgę swojej postawy sportowca zajmując trzecie miejsce i zdobywając brązowy medal na 100 m stylem klasycznym.

Paweł Skalik i Krzysztof Paterka

Projekt współfinansowany ze środków Samorządu Województwa Wielkopolskiego

sam

[tab:Wywiad z redaktorem portalu PION]

Rozmowa z Łukaszem Orylskim – red. naczelnym portalu PION.pl

Czym różni się portal PION.pl od innych portali internetowych?

Łukasz Orylski: Grupą docelową dla portalu są osoby niepełnosprawne oraz ludzie związane z organizacjami pozarządowymi, niekoniecznie związanymi z niepełnosprawnością. PION.pl koncentruje się głównie na wydarzeniach, które mają miejsce w obrębie województwa wielkopolskiego ale odbieramy też sygnały, że czytają nas osoby zainteresowane  z Mazowsza czy Śląska.

Jakie są największe wyzwania dla Ciebie jako redaktora naczelnego?

Ł.O.: Największym wyzwaniem jest pogodzenie dwóch zadań, które stawiamy sobie jako redakcja. Po pierwsze jest to informowanie o bieżących wydarzeniach, a po drugie funkcja opiniotwórcza, czyli kształtowanie postaw czytelników, wzbudzanie ich zainteresowań (np. kulturalnych, turystycznych). Województwo wielkopolskie jest sporym obszarem, przez co na tak ogromnym obszarze trudno dotrzeć do wszystkich aktualnych rzeczy, które dzieją się w terenie. Dlatego bardzo doceniamy sobie współpracę z wolontariuszami spoza Poznania.

Dlaczego zdecydowałeś się pracować jako redaktor naczelny tego typu portalu?

Ł.O.: Dziennikarstwem interesowałem się już od czasów liceum. Publikowałem w gazetach szkolnych, następnie przez lokalne, miejskie (m.in. w Szczecinie, skąd pochodzi – przyp. red.). Po maturze miałem taką refleksję, że do wykonywania zawodu dziennikarza jest konieczna sprawność ruchowa, dlatego na pewien czas zrezygnowałem z tych planów. Natomiast kiedy w bardzo sposób szukałem pracy, trafiłem do BIZON-u i tam dowiedziałem się, że istnieje koncepcja rozbudowy portalu PION, w związku z czym będzie poszukiwany redaktor naczelny.

Czy tematyka, którą zajmuje się portal, miała wpływ na Twoją decyzję?

Ł.O.: Miała ogromne znaczenie, ponieważ tą tematykę znałem z dwóch stron. Po pierwsze w czasach studenckich założyłem Zrzeszenie Studentów Niepełnosprawnych „Ad Astra” na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza i przez 3 lata starałem się działać na rzecz poprawy sytuacji osób niepełnosprawnych w owym środowisku, gdzie sporo się nauczyłem. Po drugie interesowałem się kwestiami dotyczącej osób niepełnosprawnych od strony bardziej teoretycznej, napisałem kilka artykułów, które zostały wydrukowane w publikacjach naukowych.

Czy Poznań jest miastem przyjaznym osobom niepełnosprawnym?

Ł.O.: Jest to trudne pytanie, ponieważ pojęcie „osoby niepełnosprawne” jest bardzo szerokie, ta grupa osób jest bardzo niejednorodna. Niekiedy potrzeby osób z różnymi dysfunkcjami mogą być wykluczające się. Z mojej perspektywy, jako osoby z dysfunkcją narządu ruchu w porównaniu z innymi miastami (Szczecin, Gdańsk, Olsztyn) sytuacja jest dobra. Jest dużo taboru niskopodłogowego (tramwaje i autobusy) i stosunkowo wiele miejsc użyteczności publicznych, czy placówek kulturalnych jest pozbawionych barier. Największym problemem jest starszy tabor na niektórych liniach tramwajowych, przez co czas dojazdu do pracy często się wydłuża. Niestety jeszcze zbyt często wydarzenia, które są organizowane z myślą o osobach niepełnosprawnych, odbywają się w przestrzeni niedostosowanej do ich potrzeb.

Chciałbym też zwrócić uwagę, że niektóre nowe inwestycje w mieście nie są przyjazne dla osób z trudnościami w poruszaniu się. Najnowszy przykład  – trudne dojście z przystanku tramwajowego do nowego dworca PKP, które będzie prowadzić przez galerię handlową. Na szczęście pojawiają się głosy, żeby je skrócić przez wymalowanie pasów na jezdni. Dla mnie i dla wielu osób (np. matek z wózkami) to rozwiązanie jest o wiele korzystniejsze.

Rozmawiał Krystian Włodarczak

Łukasz Orylski  – trzydziestokilkuletni redaktor naczelny portalu Pion od sierpnia 2012, fan pracy ze słowem pisanym, purysta językowy. Przez wiele lat zajmował się naukowo związkami polityki i kultury, czemu poświęcił doktorat. Połączenie typów naukowca i społecznika. W Poznaniu czuje się jak ryba w wodzie, zwłaszcza odkąd jest szczęśliwie zakochany.  Lubi podróże, jazz, trudne filmy i lato. Niestety należy do grona nieuleczalnych bałaganiarzy.

Projekt współfinansowany ze środków Samorządu Województwa Wielkopolskiego

sam

[tab:III Wielkopolskie Forum WTZ]

Serdecznie zapraszamy na III Wielkopolskie Forum Warsztatów Terapii Zajęciowej, które odbędzie się w dniu 27 listopada 2013 roku (środa)
w sali konferencyjnej Centrum Wspierania Organizacji Pozarządowych i Wolontariatu

CENTRUM BUKOWSKA w Poznaniu przy ul. Bukowskiej 27/29 w godz. 11-15

III Forum towarzyszyć będzie wystawa prac konkursowych przesłanych przez WTZ

w ramach konkursu JA – WIELKOPOLANIN – OBYWATEL.

Forum organizowane jest w ramach Projektu WIELKOPOLSKA STREFA TOLERANCJI. Podczas Forum odbędzie się cykl seminariów, w których udział wezmą eksperci w dziedzinie
Ekonomii Społecznej (zaprezentowany zostanie Regionalny Plan Rozwoju Ekonomii Społecznej w Województwie Wielkopolskim na lata 2013-2020, oferta OWES i innych podmiotów w zakresie aktywizacji zawodowej osób z niepełnosprawnościami), specjaliści z zakresuseksualności osób z niepełnosprawnościami, poruszony zostanie wątek kontroli WTZ przez NIK. Ponadto, będą miały miejsce również seminaria dot. organizowania zbiórek publicznych i imprez masowych przez WTZ oraz profesjonalnegowolontariatu w WTZ. Jednym z celów III Forum jest stworzenie przedstawicielom, pracownikom i kierownikom Wielkopolskich WTZów przestrzeni do dyskusji, wymiany doświadczeń i podejmowania współpracy.

Projekt współfinansowany ze środków Samorządu Województwa Wielkopolskiego

sam

[tab:Wystawa prac konkursowych]

Wystawa prac konkursowych „Ja-Wielkopolanin-Obywatel”.

W imieniu Wielkopolskiej Rady Koordynacyjnej Związek Organizacji Pozarządowych z siedziba w Poznaniu gorąco zapraszamy do odwiedzenia wystawy prac konkursowych w ramach konkursu JA – WIELKOPOLANIN – OBYWATEL zorganizowanego dla Wielkopolskich Warsztatów Terapii Zajęciowej w ramach Projektu WIELKOPOLSKA STREFA TOLERANCJI. Wystawę można zobaczyć w dniach 27 – 30 listopada 2013 roku w CENTRUM BUKOWSKA w Poznaniu przy ul. Bukowskiej 27/29 w siedzibie Centrum Wspierania Organizacji Pozarządowych i Wolontariatu.

Celem konkursu było wyłonienie pracy, która z jednej strony została wykonana jak najciekawszą techniką artystyczną, z drugiej zaś strony pokazywała aktywność i wyobrażenie uczestnika WTZ na temat obywatelskości w swoim regionie, jakim jest Wielkopolska. Zwycięzcą konkursu mimo trudnej decyzji i dyskusji kapituły konkursowej został Warsztat Terapii Zajęciowej Kłecko Caritas Archidiecezji Gnieźnieńskiej.

W ramach wystawy przez najbliższe dni, nie tylko w listopadzie, można zobaczyć wszystkie prace nadesłane w ramach konkursu. Niesamowite dzieła, również fotograficzne, pełne wyrazu i fantazji uczestników Wielkopolskich Warsztatów Terapii Zajęciowej. Na pracach możemy zobaczyć z jednej strony rzeczy, których udało się już dokonać ambitnym i zdolnym osobom z niepełnosprawnościami, z drugiej zaś strony, dostrzec możemy ich marzenia. Bardzo wzruszająca jest praca, w której jedna z uczestniczek pisze o tym, że jej marzeniem jest grać w koszykówkę. Ilustruje to niezwykle wymowna praca, w której i bez komentarza wiadomo o co chodzi. Na szczególną uwagę w konkursie, pod względem walorów stricte artystycznych zasługuje praca, na której przedstawiono pejzaż gór – genialny szkic wykonany miękkim ołówkiem.

Po zrealizowaniu konkursu, po raz kolejny utwierdziliśmy się w przekonaniu, że osoby z niepełnosprawnościami są niesamowicie pomysłowe, kreatywne, niejednokrotnie zaskakują nas swoją werwą i zaangażowaniem. Nadesłane prace są najlepszym dowodem na to, że artystą może być każdy, że w tym fachu każdy może posiadać wysokie umiejętności, predyspozycje. Ważne jest, aby mieć pomysł na wyrażenie siebie, swoich poglądów, przekonań i marzeń. Po zmieszaniu tego z odrobiną talentu, nauki i solidnej pracy otrzymać możemy właśnie taki efekt, jak nasze prace konkursowe. Podsumowując – robienie fantastycznych rzeczy, przedsięwzięć, akcji na co dzień, wymaga równie godnego utrwalenia i podzielnia się tym z innymi.

Paweł Skalik

Projekt współfinansowany ze środków Samorządu Województwa Wielkopolskiego

sam

Komentarze

Obecnie nie ma żadnych komentarzy.

Dodaj komentarz

  imię *

  e-mail *